poniedziałek, 14 maja 2012
niedziela, 1 kwietnia 2012
o'clock room
Jedne były jakby zawieszone na skale..
powietrze wszędzie wydawało nam się inne..
blokowiska też pamiętam, ściśnięte domy, jakby bez duszy...
brudna pościel... duże robaki... otwarte okna, głośne ulice...
bezludne plaże, kiedy zmysły odbierają wszystko ze zdwojoną siłą...
![]() |
deszczowe poranki...
bezsenne noce i spacery na boso....
zmiany były nieuniknione..
czuliśmy, że musimy to robić..bez pardonu..
kojąc niespokojne dusze...
Będą jeszcze inne małe przestrzenie...
wspólne toalety...pastelowe kolory...
okazjonalne pokoje na noc bez przyzwyczajeń
i długi wieczór, krótki sen, ludzie na chwile...
wczesne poranki..po to, żeby mieć czas na zmianę powietrza...
czwartek, 22 marca 2012
Country wedding
Szukalismy miejsc prawdziwych, nieskażonych turystycznym kiczem, wręcz obnażonych, a przez to często nas denerwujących.
Ruili, miasteczko, gdzie przez dwa miesiące pracowaliśmy, statystując w chińskim filmie wojennym jest położone na południu Chin tuż przy granicy z Birmą. Mieszanina kultur, tradycji kulinarnych, obyczajów... ludzie zagubieni, zapomnieni przez resztę świata, jakby poszukujący własnej tożsamości.
Mieliśmy dużo wolnego czasu, więc wychodziliśmy często rano z hotelu i szliśmy przed siebie, poza granice miasta, w przestrzenie coraz bardziej dzikie, intygujące i bezludne.
Tego dnia wyszliśmy z hotelu przed wschodem słońca aby złapać jeszcze miekkie światło, bez planu, bez mapy, z aparatami.
Dotarliśmy po kilku godzinach marszu do jeziora, które otaczał busz i gdzieniegdzie widoczne z daleka skupiska chat i tam zatrzymaliśmy się w jednej z maleńkich wiosek, złożonej z kilku domostw i dziedzińca po środku gdzie zostaliśmy zaproszeni na wiejskie wesele.
To było spotkanie jakby z dwoma różnymi etapami wtajemniczenia.
Najpierw były przygotowania do wesela, spotkanie z kobietą z wioski, i jej emocje związane ze śmiercią męża, pokazywanie zdjęć, rozmowy w języku werbalnym. Były toasty z ojcem pana młodego, który nie dotrwał już do wesela. Był obiad.
Powrót do hotelu, czekanie na wieczór.
Po kilku godzinach odpoczynku, złapaliśmy stopa na wesele.
Potrawy tłuste, mało wykwintne a ludzie bardzo otwarci.
Były rozmowy, toasty i coraz więcej procentów w głowie...
Bez magii, tradycyjnych obrzędów, tylko stara dobra, komunistyczna popijawa z przekąską.
Nie dla turystów a dla nich samych.
Nic nadzwyczajnego...
Dlatego zrobiliśmy te zdjęcia...
Ruili, miasteczko, gdzie przez dwa miesiące pracowaliśmy, statystując w chińskim filmie wojennym jest położone na południu Chin tuż przy granicy z Birmą. Mieszanina kultur, tradycji kulinarnych, obyczajów... ludzie zagubieni, zapomnieni przez resztę świata, jakby poszukujący własnej tożsamości.
Mieliśmy dużo wolnego czasu, więc wychodziliśmy często rano z hotelu i szliśmy przed siebie, poza granice miasta, w przestrzenie coraz bardziej dzikie, intygujące i bezludne.
Tego dnia wyszliśmy z hotelu przed wschodem słońca aby złapać jeszcze miekkie światło, bez planu, bez mapy, z aparatami.
Dotarliśmy po kilku godzinach marszu do jeziora, które otaczał busz i gdzieniegdzie widoczne z daleka skupiska chat i tam zatrzymaliśmy się w jednej z maleńkich wiosek, złożonej z kilku domostw i dziedzińca po środku gdzie zostaliśmy zaproszeni na wiejskie wesele.
To było spotkanie jakby z dwoma różnymi etapami wtajemniczenia.
Najpierw były przygotowania do wesela, spotkanie z kobietą z wioski, i jej emocje związane ze śmiercią męża, pokazywanie zdjęć, rozmowy w języku werbalnym. Były toasty z ojcem pana młodego, który nie dotrwał już do wesela. Był obiad.
Powrót do hotelu, czekanie na wieczór.
Po kilku godzinach odpoczynku, złapaliśmy stopa na wesele.
Potrawy tłuste, mało wykwintne a ludzie bardzo otwarci.
Były rozmowy, toasty i coraz więcej procentów w głowie...
Bez magii, tradycyjnych obrzędów, tylko stara dobra, komunistyczna popijawa z przekąską.
Nie dla turystów a dla nich samych.
Nic nadzwyczajnego...
Dlatego zrobiliśmy te zdjęcia...
niedziela, 11 września 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































